Blog > Komentarze do wpisu

Dyskusja


Byłem niedawno na dyskusji w pewnym miejscowym lokalu. Nie udało mi się przybyć na wyznaczoną godzinę, więc trochę się spóźniłem. Nie będzie dalekie od prawdy, jeśli powiem, że w stopniu nie mniejszym niż ciekawość dyskusji, do przybycia skłoniła mnie obecność na niej osobnika płci odmiennej. Tak więc spóźniłem się, spostrzegłem owego osobnika i usiadłem koło niego, wcześniej za sześć złotych kupując piwo. Miejsca mieliśmy wygodne (kanapa) i dobrze usytuowane (na samym tyle). Popatrzyłem do przodu - pośrodku siedział stary, bardzo mądrze wyglądający profesor, jak się po chwili dowiedziałem, ateista, autorytet i moderator dyskusji, więc rzeczywiście musiał być niegłupi. Po jego lewej ręce, czyli z mojej perspektywy po prawej stronie, spoczywała pani profesor (ateistka), wyglądająca nie aż tak mądrze i w istocie niedorównująca profesorowi uczonością. Po prawej ręce profesora, czyli dla mnie z lewej strony, siedział ksiądz. Dość mądry - znał sporo trudnych słów (choć na pewno nie tyle, co profesor), np. takich, jak desygnat; jednak gdy mówił o desygnatach, profesor musiał go poprawić. Okazało się, że coś o czym mówił ksiądz nie było desygnatem Boga, ale że Bóg był desygnatem owego czegoś. Albo na odwrót. Zapomniałem wspomnieć, że tematem spotkania był właśnie Bóg. Dokładniej temat dyskusji brzmiał: Bóg a zło. Jak już mówiłem, spóźniłem się na dyskusję, więc ominął mnie początek. Dowiedziałem się jednak od  siedzącego obok mnie osobnika, iż straciłem niewiele. Co dokładnie, ów osobnik nie umiał powiedzieć - być może nie potrafi streszczać. Niemniej, odtąd starałem się uważnie śledzić dyskusję. Wypowiadał się ksiądz, a potem głos oddano publiczności. Publiczność miała zadawać pytania, ale nie każdemu to wychodziło. Jeden pan, w podeszłym wieku, mówił bardzo długo i powoli, i nie zadał ani jednego pytania. Inny pan, siedzący po lewej stronie (patrząc ode mnie), niewiele młodszy, mówił bardzo mądrze, na przykład często używał słowa "teodycea", a jego główna teza była taka, że jak dotąd dyskusję prowadzono nie na temat. Ale to już było pod koniec spotkania, czy, mówiąc ściślej, pod koniec mojej obecności na spotkaniu. Wcześniej dyskutowano między innymi o holocauście. Zaczęło się od jednego pana, który siedział na wprost mnie i profesora, będąc jakby punktem linii łączącej mnie z profesorem. Ten pan, w średnim wieku, twierdził, że cierpienie w katolicyzmie jest bardzo ważne. Powiedział to trochę innymi słowami, ale niestety nie umiem ich powtórzyć. Na to profesor, który zawsze, gdy ten pan będący punktem się wypowiadał, zaciskał wargi i patrzył na niego spode łba, powiedział, że gdy ktoś mówi o cierpieniu, to jemu przypomina się holocaust i SS-mani znęcający się nad obozowiczami (oczywiście on również użył bardziej wyszukanego słownictwa). W ten sposób rozmowa, w której brały udział kolejne osoby, zeszła na kwestię zagłady żydowskiej. Podsumował ją profesor, twierdząc, że było w historii było wiele różnych masakr i nie należy przesadnie podkreślać cierpienia żydowskiego, choć było ono szokiem dla świata. Właściwie nie ma, powiada, powodu, dla którego równie ważne nie byłoby cierpienie pojedynczego człowieka. Na tym temat holocaustu został zakończony, nie licząc poźniejszego epizodu, gdy do głosu znów został dopuszczony ów pan w średnim wieku będący punktem linii. Uznał on analogię profesora, przyrównującą jego pogląd, wedle którego cierpienie ma sens, zwłaszcza w chrześcijaństwie, do zapatrywań i działań hitlerowców, za żenującą. Wywołało to głośną i niesympatyczną reakcję licznych na sali zwolenników profesora oraz moją milczącą aprobatę. Panu w średnim wieku udało się przebić przez ich, chroniące godności profesora, głosy, jednak wkrótce poległ pod lawiną śmiechu z tych samych ust, gdy uznał zmartwychwstanie Chrystusa za fakt historyczny. W swojej cichości nie przyznałem mu racji, ale też, co zrozumiałe, nie dołączyłem do chóru prześmiewców. U osobnika siedzącego obok mnie dostrzegłem natomiast (lub doszłyszałem) coś jakby prychnięcie. Dyskusja toczyła się dalej. W jej trakcie zauważyłem ciekawą rzecz, mianowicie pani profesor, za każdym razem, gdy miała okazję się wypowiedzieć, niezależnie od pytania jakie jej zadawano, nawiązywała do filozofii Dalekiego Wschodu. Pomyślałem, że musi to być naprawdę jej wielka pasja. Z kolei ksiądz, co zaciekawiło mnie nie mniej, utrzymywał, że nie jest darwinistą, uznaje się bowiem za ewolucjonistę. Jakaś osoba z publiczności zapytała go nawet o tę kwestię, prosząc o wyjaśnienia. Ksiądz wybrnął doskonale - odpowiedział kilkoma zdaniami, na koniec wyrażając nadzieję, że jest to zrozumiałe. Osoba zadająca pytanie najwyraźniej pojęła rzecz doskonale, gdyż już się nie odezwała, ja natomiast nie śmiałem odbierać duchownemu tego, co dla niego tak ważne, obok wiary i miłości. W ogóle, muszę się do tego przyznać, nie zabrałem głosu ani raz. Czuję się poniekąd rozgrzeszony, gdyż znalazłem na tę okazję sporo wytłumaczeń: po pierwsze, spóźniłem się i zachodziła obawa, że zadam pytanie, na które odpowiedź padła w toku dyskusji, gdy mnie jeszcze nie była na miejscu (w tę właśnie pułapkę wpadł pan w średnim wieku zadając swoje pierwsze pytanie, on bowiem również się spóźnił). Po drugie, siedziałem bardzo daleko z tyłu. Po trzecie, osobnik spoczywający obok mnie również nie zabierał głosu. Po czwarte, już wchodząc na dyskusję miałem na rzecz wyrobiony poniekąd pogląd. Wygłaszając go zapewne zepsułbym zabawę i mądremu panu profesorowi, i trochę mniej mądrej pani profesor i księdzu, który co prawda nie był profesorem, ale we wszystkim, prócz poglądu na istnienie Boga, zgadzał się z obojgiem ateistów. Podczas gdy oni miło sobie gaworzyli, powtarzając, że tak naprawdę nie wiadomo skąd to zło na świecie, jeśli Bóg jest dobry, zapewne nie wzbudziłbym ich uznania mówiąc, że być może chodzi o wolną wolę człowieka. Ksiądz zbiłby mnie z pantałyku kilkunastoma mętnymi zdaniami, profesor popatrzyłby spode łba i zrugał, a pani profesor powtórzyłaby swoją mantrę o Indiach. Lepiej się było nie odzywać.
piątek, 25 grudnia 2009, klopin
Web Counters