Kategorie: Wszystkie | futbol | inne | prawdziwe historie
RSS
wtorek, 15 lutego 2011

We Wrzeszczu, dzielnicy Gdańska, kibice namalowali par lat temu takiego grafa:

Graf sobie był i miał się dobrze, aż do niedawna, gdy któryś postępowiec niebacznie zaszedł w okolice stadionu Lechii, zachłysnął się z oburzenia i zrobił donosik. Sprawa nabrała rozgłosu, interweniował prezydent miasta. Miasto zamalowało napis "nie lubimy tu obcych", kibice odmalowali. I tak, chyba nawet Bóg nie raczy wiedzieć w jakim celu, zabawa może się jeszcze kręcić przez czas jakiś.

Bo napis jest - owszem - jak najbardziej ksenofobiczny. Tylko co w tym złego?

Ksenofobia to słowo z greckiego, trudne i dla wielu mało zrozumiałe, ale chętnie używane. Zwykle bezrefleksyjnie, jako kij na człowieka o nieodpowiednich poglądach, bywa, że jako obelga. Dokładnie tak samo, jak używa się wielu innych pojęciowych pałek, które nie mają nazywać i tłumaczyć, ale ostemplować i pognębić: że ktoś jest homofob, antysemita, faszysta itd. Na przykład antysemitami nazywa się kibiców Wisły, którzy na kibiców Cracovii wołają "żydy". Oczywiście kibice Wisły jako grupa antysemitami nie są, i bez szemrania przyjęli niedawną wiadomość, że piłkarzem klubu został Żyd (prawdziwy, z Izraela i wielkiej litery). Jednak mimo, że kibice Wisły jako grupa antysemitami nie są, znajdują się wśród nich elementy antysemickie. I to jest zjawisko dosyć ciekawe, bo u tych zwyczajnych (przeważnie) głupków,  wykształcił się antysemityzm "wtórny", właściwie zupełnie patologiczny. Przed wojną, kiedy w Polsce istniał problem żydowski i antysemityzm był zjawiskiem niemarginalnym, krakus niechętny Żydom w naturalnym odruchu wybierał kibicowanie Wiśle. Dziś jest odwrotnie - utożsamiający się z Wisłą matołek, ze swej nienawiści do Cracovii może się nabawić autentycznego antysemityzmu, jeśli tylko dysponuje odpowiednimi pokładami głupoty.

Ale wróćmy do ksenofobii. Ksenofob to, jak się przyjęło, człowiek zły, nadający się w sumie chyba tylko do resocjalizacji, pożądnego prania mózgu. Dokładnie tak samo, jak człowiek nietolerancyjny - dla takich tolerancji być nie może, trzeba ich zwalczać, rugować i ciągać po sądach. Różnica polega tylko na tym, że lewacka obsesja "tolerancji" coraz powszechniej przez zwykłych ludzi kwitowana jest śmiechem, zaś zarzut ksenofobii wciąż traktuje się poważnie. A że obawa przed obcymi, tak jak nietolerancja wobec niektórych zachowań, jest postawą jak najbardziej normalną i uzasadnioną, że dotyczy każdego z nas? Phi, kto by się tam przejmował jakąś ludzką naturą...

Ani nietolerancji, ani ksenofobii nie da się zapakować do wora i podpisać "dobre" albo "złe". Czym innym jest brak tolerancji wobec złodzieja wkradającego nam się w środku nocy do chałupy, a czym innym załadowanie do bagażnika i wywiezienie do lasu nietolerowanej przez nas teściowej; niby potworny banał, ale jakoś mimo to tolerancję wciąż się nam stręczy. Podobnie jest z ksenofobią - przede wszystkim jest ona stopniowalna: od niechęci do obcych i potrzeby chronienia swojego mienia, obyczajów, norm itp., po nienawiść i agresję. Na tym niższym poziomie ksenofobia jest najzupełniej naturalnym (i pożądanym!) odruchem człowieka, związanym z instynktem samozachowawczym, a więc czymś, czego całkowicie unicestwić się nie da. Próby są jednak podejmowane - przez różne NGO, UE, naszą RPO itp. - żeby ten instynkt osłabić. Nic dobrego, tym bardziej, że podejmowane są usilnie.

Boimy się tego, czego nie znamy - normalka. Albo boimy się, nie lubimy, tego, co już znamy, i mamy dobry powód, żeby nie lubić. Polaka, który zna historię swojego kraju i jest germanofobem, nie można o ksenofobię oskarżać. Można powiedzieć: jest ksenofobem, kocha swój kraj, nie lubi Niemców - i trudno mu się dziwić. Zresztą w ogóle robienie zarzutu z tego, że ktoś kogoś nie lubi (jak to było w punkcie wyjścia z owym graffiti), to jest strzał w płot i jakaś forma, bo ja wiem, faszyzmu czy czegoś takiego. Według mnie powinno być tak, że każdy nie lubi tego, kogo chce. Ludzie nie lubią Cristiano Ronaldo i Jarosława Kaczyńskiego, ale nikt nie zabrania im bazgrać po murze: "nie lubię Cristiano Ronaldo" albo "nie lubię Jarosława Kaczyńskiego". Ja np. nie lubię Magdaleny Środy, Tomasza Lisa i Wojciecha Jaruzelskiego, i nie chciałbym, żeby ktoś mi tego zabraniał - już i tak, jako ksenofob, czuję się wykluczany.

A tak w ogóle, to przeczytajcie sobie poniżej, co o ksenofobii piszą profesorowie Musiał i Wolniewicz. A najlepiej przeczytajcie sobie całą ich książkę pt. "Ksenofobia i wspólnota", której kawałek wrzuciłem, bo warto ją przeczytać! :)

Sprawa ksenofobii nie jest tak prosta, jak się to "stowarzyszeniom do walki z nią" wydaje. Ksenofobia jest pewnym uczuciem, pewnym sposobem odczuwania. Otóż sposób ten jest psychologicznie, socjologicznie, a być może nawet biologicznie sprzężony z uczuciem innym, które pozwoliliśmy sobie kiedyś określić mianem ojkofilii, definiując ją jako przywiązanie do domu rodzinnego i ziemi ojczystej: "do własnego duchowego dziedzictwa, do swej szerszej ojczyzny, połączone z uzasadnionym poczuciem jej wyjątkowej wartości". Ksenofobia i ojkofilia sa jak dwa połączone naczynia: nie można zmienić poziomu w jednym, nie zmieniając go automatycznie w drugim. Walczący z ksenofobią i etnocentryzmem, czy też z "etnicznym rozumieniem narodu", zapatrzeni są w jedno z tych naczyń, nie dbając, a może nawet nie myśląc o tym, co się dzieje wtedy jednocześnie w drugim.

Walka z ksenofobią zmierza - świadomie lub nie, w to tutaj nie wchodzimy - do amputowania człowiekowi jego duszy historycznej. Tak np. u Polaka dusza ta to pamięć o tysiącletniej walce jego narodu z obcymi dla zachowania swego domu i chronionych przez ten dom wartości. Utopia powszechnego braterstwa chce stwarzać człowieka odciętego od historycznych korzeni, które jawią się jej jedynie jako źródło "etnicznych przesądów" i agresji.

Ksenofobia ma różne stopnie, jak ciecz w naczyniach połączonych - różne poziomy. Można ich wyróżnić co najmniej cztery. Pierwszym jest ostrożność wobec obcych ("obcy, więc może niebezpieczny"); drugim jest niechęć wobec nich jako naruszających nasz obyczaj i nasze kanony moralne lub estetyczne; trzecim jest wrogość, a czwartym - nienawiść. Zauważmy, że wszystkie one mogą mieć dwojakie źródła, wzajem zresztą się nie wykluczające: może to być bądź strach przed obcym i jego nieznanymi nam zamiarami; bądź odraza do jego sposobu życia, nazbyt od naszego odbiegającego. Ci, co tak bezpośrednio i bezceremonialnie próbują obniżać poziom ksenofobii - a tym samym zawsze także ojkofilii - nie biorą też pod uwagę (przyjmując, iż działają w dobrej wierze), że ich działanie jest może nawet z ich własnego punktu widzenia przeciwcelowe: że może wzbudzać reakcję obronną tych, na których się takiej amputacji dokonuje. Chcieliby zdusić ksenofobię do zera, niejako profilaktycznie: żeby wyeliminować międzygrupową nienawiść i wrogość, chcą wykorzenić także, często jak najbardziej zrozumiałą i uzasadnioną, niechęć lub po prostu ostrożność. Wchodzą tym samym w kolizję z grupowym instynktem samozachowawczym. To, że ksenofobia - podobnie jak wiele innych cech ludzkich - staje się w swych wyższych stopniach cechą groźną, nie oznacza, że w stopniach niższych nie jest może cechą dla życia wręcz nieodzowną. Cech tego rodzaju jest wiele; najoczywistszą jest troska o samego siebie, która na wyższych stopniach przybiera postać nie liczącego się z niczym egocentryzmu i egoizmu. Niedorzecznością przecież byłoby walczyc z egoizmem przez eliminowanie wszelkiej troski o siebie w ogóle. A stowarzyszenia antyksenofobicznie właśnie wprost do czegoś takiego zmierzają.

 

wtorek, 11 stycznia 2011

Nie lubię Sylwestra. Strzelających korków szampanów, koncertów Dody i Kombi, licytacji imprezowych szaleństw, fajerwerków budzących człowieka w środku nocy, niezdrowej ekscytacji, utyskiwań na noworoczną glątwę, rymowanych życzonek i całego tego syfu, stręczonego człowiekowi jako niezbędnik. Dzięki Bogu, że przed rokiem uchroniłem się od świętowania dwa tysiące dziesiątego, bo po czasie wyszedłbym zwyczajnie na durnia. Ostatnio obchody nowego roku sprowadzają się u mnie do powieszenia na ścianie zaktualizowanego kalendarza. Skoro tak, nie będę robił żadnych rocznych podsumowań i tym podobnych rzeczy, tym bardziej, że w piłce nożnej, gdy gra się systemem jesień-wiosna, rok kalendarzowy jest przedziałem nieporęcznym. Naturalnym wydaje mi się sezon, a że jesteśmy na półmetku, to krótko o rundzie jesiennej w naszej lidze.

Była bardzo ciekawa. Właściwie mam wrażenie, że to była najciekawsza jesień od lat. Nie przejmując się modnymi szyderstwami nt. poziomu rodzimych rozgrywek, powiedzieć co innego, aniżeli iż ów poziom się podniósł, byłoby oszustwem. Zobrazować sobie to zjawisko proponuje na przykładach niezłych przecież graczy, którzy za granicą strzelili bramek łącznie ponad setkę, a może i koło dwóch, po czym w tym samym czasie postanowili wrócić do ojczyzny. Wrócili i okazało się, że żaden z nich - Żurawski, Wichniarek, Smolarek ani Żewłakow - nie ma pewnego miejsca w składzie, o ile w ogóle do czegokolwiek się nadaje. Czyli sprawa ma się całkiem inaczej, niż nie tak dawno z powracającymi staruszkami Hajtą, Brzęczkiem czy Świerczewskim.

Ogólnie dobrze się dzieje z naszą ligą i będzie coraz lepiej, nawet pomimo zimowego exodusu Polaków za granice (swoja drogą: może ci nasi kopacze nie tacy okrutnie siermiężni, skoro mają wzięcie?). Na starcie ligi pisałem u Albicelestego10, że ten sezon może być przełomowy, i chyba faktycznie taki będzie, zwłaszcza, że wiosną otwarty zostanie nowy stadion Arki, cały Legii, a w trakcie rundy może i Wisły, co w sumie da całkiem przyzwoitą frekwencję. Szkoda tylko dwóch rzeczy: że lada moment w lidze dominować będą obcokrajowcy, co ku mojemu głębokiemu bólowi już dokonało się w Wiśle, i że matołki od zarządzania rozgrywkami nie potrafią przesunąć startu kilka tygodni do tyłu. Efekt tego ostatniego jest taki, że drużyna eliminująca z pucharów Juventus wcześniej po nieludzkich mordęgach ledwie daje sobie radę z Azerami.

Jedenastka rundy:
Bramkarz: Pawełek (Wisła) - nie zawalił bodaj ani jednej bramki, uratował sporo. Rezerwowy: Sandomierski (Jagiellonia)
Lewa obrona: Kiełbowicz (Legia) - poza asystami z wolnych i kornerów niczym szczególnym się nie wyróżnił, ale tyle wystarczyło na konkurencję. Rez.: Sadlok (Ruch)
Środek obrony: Skerla (Jagiellonia), Szmatiuk (Arka) - Skerla nie tylko bronił, ale i strzelał, w Zabrzu dał drużynie szczęśliwe trzy punkty w ostatniej minucie. Szmatiuk sprawnie dowodził całkiem niezłą defensywą Arki. Rez.: Celeban (Śląsk), Stano (Korona). Arboledy nie będzie, bo w lidze grał dużo słabiej niż w pucharach.
Prawa obrona: Norambuena (Jagiellonia) - solidny. Rez.: Bruma (Arka)
Lewa pomoc - Grosicki (Jagiellonia) - zdecydowanie najlepsza runda w karierze. Po jego odejściu szanse Jagiellonii na mistrzostwo są moim zdaniem nikłe. Rez.: Małkowski (Bełchatów)
Defensywny pomocnik: M. Bartczak (Zagłębie) - strzelił kilka ładnych i ważnych bramek. Rez.: Sobolewski (Wisła), Vrdoljak (Legia)
Ofensywny pomocnik: Traore (Lechia) - coś jak Iniesta, oczywiście na miarę polskiej ligi. Pod koniec rundy w słabszej formie, ale wcześniej imponował techniką i swobodą w rozegraniu piłki. I wszystko byłoby pięknie, a facet świetnie by się zapowiadał, jednak śmiem powątpiewać, czy rzeczywiście w grudniu skończył dopiero 22 lata... Rez.: Edi (Korona), Radović (Legia)
Prawa pomoc: Mierzejewski (Polonia W.) - zrobił kolejny krok do przodu, dojrzał i sprawdził się jako kapitan. Zwykle grał po lewej stronie, ale prawa nie robi mu większej różnicy. Rez.: Kupisz (Jagiellonia).
Atak: Frankowski (Jagiellonia), Szernas (Widzew) - słabsza końcówka, ale wcześniej dobra gra obu, no i sporo goli. Niedzielana (Korona) na ławkę zesłała kontuzja, obok niego Sobiech (Polonia W.).

środa, 13 października 2010

Strona futbolnews.pl donosi:
Franciszek Smuda nie traci pewności. Selekcjoner reprezentacji Polski spytany czy wie, którzy działacze czekają na jego potknięcie odpowiedział: - Wiem, ale mnie to absolutnie nie interesuje. Bo ja nie jestem miękkim ch.... robiony.
- Nie padam na kolana, nie lamentuję. Ja jestem Smuda. Mam swój charakter i dzięki temu dotrę do celu - dodał selekcjoner w rozmowie z dziennikiem "Polska - The Times".


Z powyższego dowiadujemy się, że trener reprezentacji ma charakter, i to charakter swój. Ten charakter pozwoli mu dotrzeć do celu, w czym przeszkodzić próbują niektórzy działacze. Selekcjoner Smuda wie, którzy to działacze, mimo że go to nie interesuje. Nie interesuje go to dlatego, że nie jest miękkim chujem robiony. Jakim zatem chujem robiony był trener Smuda?

Do mocnego charakteru trenera Smudy niełatwo dopasować chuja o odpowiednich własnościach. Poddam jednak pod dyskusję trzy propozycję:

I

Syn najstarszy miał chuj długi
I gruby na kształt maczugi,
A po bokach jego były
jak postronki - grube żyły,
Jakieś sęki, jakieś guzy -
Jaja miał jak dwa arbuzy!
A że ciągle mu bez mała
ta ogromna pyta stała,
Chujogromem go nazwano.

Pierwsza propozycja jawi się nader interesująco: żylastość nie wydaje się poważnym uchybieniem (może nawet przeciwnie), zaś ustawiczny stan wzwodu jest przesłanką pozytywną, i to niebagatelną. Jedyne pytanie, jakie się nasuwa, to czy właściciel chuja, który zrobił trenera Smudę, w istocie był synem najstarszym. W zależności od tego hipoteza powinna zostać sfalsyfikowana lub poddana dalszej analizie.

II

Wkłada kondon na kutasa
I.. O dziwo! U głuptasa
Chuj, co zawsze był jak z ciasta,
Na olbrzyma się rozrasta!
Na sto chujów się rozdziela
Każdy gruby, jak ta bela,
Każdy twardy, jak ze stali,
Każdy długi na sto cali!
Wszystkie chuje z całej siły
Na królewnę się rzuciły,
Każdy się jej w piczę wwierca,
Każdy końcem sięga serca,
Każdy jej się w piczy grzebie,
Każdy jebie, jebie, jebie...  

To również propozycja godna rozważenia - długość stu cali robi wrażenie, nie mniejsze mnogość chujów. Twardość bez zarzutu, jednakże nie jest to stan permanentny, a raczej, można rzec, wyjątkowy. Należy również rozpatrzyć, czy, po pierwsze, właścicielem kutasa, który zrobił trenera Smudę, mógł być głuptas, a po wtóre, czy "chuj, co zawsze był jak z ciasta" licuje z charakterem selekcjonera oraz powagą jego stanowiska. Nadto nie sposób nie zauważyć, iż argument ilościowy zdecydowanie góruje tu nad argumentem jakościowym.

III

Dumny zeń był Tadeusz i dzielnie nim władał.
A do dumy takowej miał słuszne powody,
Bo na chuju mógł podnieść pełne wiadro wody.
Chuj Tadeusza mierzył jedenaście cali,
Gruby jak ręka w kiści, twardy jak ze stali,
Zahartowany w trudzie, co rzadko się kładzie
Zdobny w dwa wielkie jaja, jak dwa jabłka w sadzie.

Pełne wiadro wody można uznać za wystarczającą rekomendacją, zaś długość jedenastu cali ujmy nie przynosi. Propozycja wydaje się najbardziej adekwatna, szczególnie wobec braku mocnych argumentów przeciwnych. Nawet bowiem, jeśli wzmiankowane imię nie jest zgodne z danymi właściciela, najprawdopodobnie jest ono jedynie fikcją literacką; sam utwór miałby natomiast głębokie oparcie w faktach autentycznych.

czwartek, 07 października 2010

Ameryka XXI w. to kraj prohibicji. Trudno znaleźć tam knajpę, w której dałoby się legalnie zajarać szluga. A nawet jak człowiek wyjdzie do knajpianego ogródka, to go stamtąd przegonią - odstaw piwo i stań na ulicy. Jak wrócisz, piwa oczywiście już nie ma.

Papierosa teoretycznie nie zapalisz też na plaży, przynajmniej na tej, po której biegają David Hasselhoff z Pamelą Anderson, ciągnącej się na kilometry wzdłuż i sto metrów wszerz, gdzie by wadzić komuś dymkiem, trzeba wyjątkowego impertynenta. I tak prawo zastępuje kulturę.  Podobnie na plaży jest z alkoholem, oczywiście zabroniony. Skakanie do wody, to samo - zakazane. Odpływanie od brzegu - dozwolone; dopóki woda nie sięgnie powyżej pępka, bo wtedy dzielny Mitch przeraźliwym gwizdem rozrywa bębenki plażowiczów.

W pociągu o paleniu oczywiście nie ma mowy, wagonów dla palących nie znają, i co chwila przypominają, że jak ktoś zajara, to fora z pociągu. Oprócz tego na pokładzie pociagu nie wolno ściągać butów - takie safety rules. Opróćz tego, w samochodzie nie wolno przewozić pustych puszek po piwie. W hostelach alkohol surowo wzbroniony, w pociągu podobnie - chyba że kupi się u nich, płacąc za pół piwa tyle, co u nas za dwie zgrzewki. To i tak pół biedy, bo zdarzają się sklepy, gdzie piwo jest, ale jakkolwiek mocno by nie szarpać za rączkę od lodówki, dostać się do niego nie sposób. Bo już po północy - takie state law. Z kolei w autobusach zabronione jest głośne rozmawianie przez telefon...  Itd, itp. W sumie trudno już nazywać lata 20-te w USA prohibicją - bo jak nazwać te współczesne, gdy na każdym kroku czerwony znaczek:

A jednocześnie, na każdej monecie, obok mordki gościa przewracającego się pewnie w grobie, niezmiennie napis liberty:

* * *

Okazuje się, że dziś człowiek nie może już nawet spokojnie posiedzieć na plaży, pogapić się i posłuchać morza szumu czy tam ptaków śpiewu. Zakazu wprawdzie jeszcze nie ma, ale reklamy, dążące do zajęcia wszelkiej pustej przestrzeni na Ziemi (w tym wypadku przestrzeni powietrznej) - owszem. Zamiast szumu morza warkot silnika i zachęta do kupna wody mineralnej, środka na komary czy innej różowej golarki do pizdy. A tak naprawdę, zamiast tych wszystkich bzdurnych zakazów, należałoby ustanowić jeden - zakaz reklam. I świat byłby lepszy.

Ile rocznie reklama kosztuje świat? Pewnie jakieś tryliardy. Co ludzie z tego mają? Wodę zamiast mózgu, dziurę w kieszeni i masę tych wszystkich rzeczy, które są kompletnie niepotrzebne, a które reklama czyni niezbędnymi do życia. Ile głodnych dzieci z Afryki można by za tą kasę wyżywić? Wszystkie.

Reklamowa prohibicja uratowałaby nie tylko dzieci z Afryki czy naszą zdychającą kulturę. Uratowałaby sport, który dociskają dwa ćwieki - rozwój technologiczny i wzrost popularności, mierzony milionami dolarów/euro. Stąd biorą się wszystkie bolączki, poczynając od ekonomicznie warunkowanej nierówności szans, po coraz trudniej wykrywalne metody oszukiwania. Niewiele wspólnego ze sportem ma np. ten wyścig zbrojeń znany z formuły jeden,  ale pal sześć formuła, problemem jest ekspansja nowoczesnej techniki na inne dyscypliny (chociażby pływanie). Podobnie z wyścigiem między chemikami przygotowującymi szpryce dla zawodników, a tymi z organizacji antydopingowych, którzy, jak minister Kopacz, są cały czas o trzy kroki z tyłu. Ja oczywiście nie popieram bezprawia Tuska w walce z przedsiębiorcami od szałwii i nazwozów, ale uważam, że z dopingiem w sporcie należy się rozprawić radykalnie. A więc zlikwidować reklamy, bo wielkie pieniądze sportowi nie służą. Niech sobie będzie amatorski, zdrowy i w miarę uczciwy, bo kto będzie szafował życiem i wstrzykiwał w żyły syf, gdy nie daje to ani gigantycznych pieniędzy, ani wielkiej sławy. Niech sobie w piłkę grają drużyny złożone w dużej mierze z chłopaków z okolicy, zamiast tych dziwacznych zagranicznych konglomeratów, i niech sobie inne chłopaki spokojnie pedałują, a potem żyją aż do późnej emerytury. Mówię: zakażmy reklam, bo inaczej pozwalamy, by ludzie dalej umierali.

czwartek, 23 września 2010

Powiedziałem Zbyszkowi o tym dzienniku. Przyjął to poważnie i powiedział, że rozumie, co to dla mnie znaczy i jak rehabilituje czas trawiony na przymusową bierność. Powiedział, że spodziewa się po mnie bezlitosnej szczerości, i że tylko taka szczerość to conditio sine qua non przedsięwzięcia, i że nawet najbłahszy dziennik pensjonarki staje się pasjonujący poprzez szczerość, bowiem nie ma w literaturze rzeczy bardziej pochłaniającej ludzką uwagę niż wysiłek zapisania tego co szczere. I że tylko dekoratywność uczuć i myśli jest źródłem nudy.

Ładnie to Zbyszek powiedział i ładnie to Poldek napisał. Nie wiem, czy stać mnie na taką szczerość, na jaką stać było Tyrmanda (Dziennik 1954 ; inna sprawa, że pisząc do szuflady nie trzeba pozbywać się skrupułów), na pewno nie stać mnie na taką systematyczność: Tyrmand siadał do pisania dzień w dzień, ja - kilka zdań na pół roku. Od dzisiaj pewnie częściej.

Ostatnio pisałem o Henryku Kasperczaku, a od tego czasu wiele się zmieniło. Wakacje spędzone z dala od kraju zmieniły perspektywę: usunęły z pola widzenia masę niepotrzebnych detali i dały odpowiedni kąt, żeby zobaczyć zarys całości - z wyraźnym konturem i niedbałym wypełnieniem, jak w kolorowance dla dzieci. I tak kiedy Henryk Kasperczak zostawał byłym trenerem, ja stałem się politycznym radykałem.

Zza wielkiej wody, bez lornetki i lupy, a więc poniekąd i bez "szkiełka i oka", wygląda to wszystko źle, czasem makabrycznie, bywa też, że zabawnie - ale to wisielczy humor. Wszelkie możliwe katastrofy: te z udziałem szalejącej przyrody i te spowodowane przez naszego wielkiego brata ze wschodu, czy, jak wolą inni, przez pijanego eksprezydenta. Ale przede wszystkim: te moszczące się na najwyższych siedziskach państwa, zalewające nas hektolitrami mętnej wody lub cuchnącego ścieku, a po cichu jak kret ryjące w ziemi.

Wrażenie z wejścia na polski portal internetowy, gdy jest się nie TU, ale w jakimś TAM, i robi się to możliwie rzadko, to rzecz zupełnie ekstraordynaryjna. Coś jak ze świata Kafki - na pierwszy rzut oka absurdalne i może nawet lekko zabawne, ale z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej mroczne i... realne. No bo jak to jest, że za każdą z kilku nieopatrznych wizyt na popularnym portalu wita mnie nagłówek, którego treścią są słowa ujęte w cudzysłów, a bohaterem pewien skurwysyn, cytowany wyłącznie dlatego, że ordynarnie napluł na gości, co ich od paru tygodni zżerają robaki. Jak to jest, że w tym samym czasie ludzie, co rządzą tym krajem, robią wszystko, żeby go upodlić i wydrenować, a w rewanżu nie dostają nie tylko kopa w dupę - oni nie dostają jednego trudnego pytania.

Mówiąc bez ogródek - mamy najgorszy rząd w historii. Co ciekawe, ten najgorszy rząd jako jedyny ma szanse się utrzymać po kolejnych wyborach. I to powinno dawać do nam myślenia.

Dlaczego tak się dzieje? Naszym problemem jest niepełnoletność:

Niepełnoletność to niezdolność człowieka do posługiwania się swym rozumem, bez obcego kierownictwa. (...) Lenistwo i tchórzostwo to przyczyny, dla których tak wielka część ludzi, mimo wyzwolenia ich przez naturę z obcego kierownictwa (naturaliter maiorennes), pozostaje chętnie niepełnoletnimi przez całe swoje życie. Te same przyczyny sprawiają, że inni mogą tak łatwo narzucić się im jako opiekunowie. To bardzo wygodne być niepełnoletnim. (...) Toteż każdemu pojedynczemu człowiekowi trudno jest wydobyć się z niepełnoletności, która stała się prawie drugą naturą. Polubił ją nawet, tę swoją niepełnoletność, i nie jest rzeczywiście zdolny tak od razu zacząć posługiwać się swym własnym rozumem - nigdy bowiem nie pozwolono mu nawet uczynić próby w tym kierunku. Dogmaty i formułki - owe mechaniczne narzędzia rozumnego używania, a raczej nadużywania swych naturalnych zdolności - to dzwoneczki błazeńskie wiecznie trwającej niepełnoletności. (I. Kant)

Ktoś powie: no to trzeba sprawić, żeby ci niepełnoletni wydoroślali! Ale jak to zrobić tu, gdzie dorosłe chłopy, takie po dwadzieścia i trzydzieści parę lat, gdy chcą pogadać, powydurniać się i wypić parę kielonów zanim rozjadą się w różne strony, potrzebują przyzwoitki? Ba, za tę przyzwoitkę chcą robić miliony! Jak wymagać od ludu pełnoletności, gdy REPREZENTANCI naszego narodu traktowani są jak szczyle z młodzieżowej kolonii, których trzeba pilnować, żeby nie ganiali nocą po korytarzu?

wtorek, 23 marca 2010

Dziennikarze już zdążyli obwieścić powrót wielkiej Wisły, którą magicznym dotknięciem na nowo sprawił trener Kasperczak. Czy po uszy zanurzeni w medialnym symulakrum stracili już jakikolwiek  kontakt z rzeczywistością, czy po prostu rżną głupa, byle tylko dać chwytliwy tytuł - nie będę się nad tym rozwodził, bo nabijać się z dziennikarzy to dziś ani wielka sztuka, ani frajda. Fakt faktem, że poza dziennikarskim światkiem i kompletnymi laikami poprawy gry Wisły nie odnotowano. Tyle zauważyć dało się  nawet z trybun stadionu na Suchych Stawach, skąd zresztą, po prawdzie, widać niewiele.

Nie przesądzam, czy powrót Kasperczaka będzie totalnym niewypałem, ale, póki nie można jeszcze mówić o efektach jego pracy, wiele na to wskazuje. Po drugim, kompromitującym wyrzuceniu Wisły za burtę europejskich pucharów Kasperczak zdążył się skompromitować jeszcze trzykrotnie: nie potrafił honorowo podać się do dymisji (a wyrzucony ciągał Wisłę po sądach), zwiał z Pucharu Narodów Afryki, na którym trenował Senegal i spuścił z ekstraklasy jeden z bardziej majętnych klubów. W Górniku potwierdził też, że, mówiąc delikatnie, nosa do transferów to on nie ma. W Wiśle, która uczyć się na błędach wciąż nie zamierza, zrozumiano przynajmniej tyle, że za sprowadzanie piłkarzy Kasperczak odpowiadać nie może, bo taki menedżer to pełzająca katastrofa. I zapowiedziano, że transferami zajmie się ktoś inny. Jednak jak będzie w rzeczywistości, nie wiadomo, bo obecnie klub dyrektora sportowego nie zatrudnia.

Na niektóre wpadki można by ostatecznie przymknąć oko, gdyby nowy trener rokował nadzieje na przyszłość. Tymczasem Kasperczak nie wygląda na człowieka zorientowanego we współczesnym futbolu, takiego, który śledziłby nowinki taktyczne, stosował nowoczesne metody treningowe i dbał o każdy z tych coraz liczniejszych dziś szczególików, jakie uwzględnia się w działaniu profesjonalnych klubów, a których suma przekłada się na wyniki zespołu. To raczej człowiek bazujący na tym, czego nauczył się lata temu we Francji oraz na bogatym, lecz, powiedzmy szczerze, nieobfitującym w wielkie sukcesy doświadczeniu. Zatrudnienie dziś Kasperczaka w Wiśle to mniej więcej tak, jak zaproponowanie Beenhakkerowi pracy w liczącym się zachodnim klubie. Może i coś dobrego z tego wyjdzie, ale jeśli już, to raczej przez przypadek.  

Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki - mówił Heraklit i niewątpliwie miał rację. Toteż i Kasperczak nie może: dzisiaj ma mocniejszą obronę i słabszą ofensywę, jedynie bramkarza równie marnego, jak miał. Styl gry natomiast chciałby uskuteczniać taki jak dawniej. A że w kontrakcie ma ponoć wpisane, iż można go zwolnić za brak mistrzostwa albo awansu do LM, bardzo możliwe, że nowy-stary trener zdąży zamoczyć się w Wiśle ledwie do kolan, po czym właściciel kolejny raz go przepędzi. Oczywiście nie po to, by podjąć racjonalną decyzję - prędzej da drużynie kolejnego opiekuna, który nadmiernie nie nadweręży zasobności jego portfela. A potem, nawet jeśli szczęśliwym trafem wynajdzie trenerski talent (vide Petrescu) - następnego. Możliwe, że jeszcze kiedyś wróci Skorża; i tak w koło - nomen omen - Macieju. Albo Cupiał zmądrzeje.

sobota, 20 lutego 2010

Blog na jakiś czas zaniemógł, czego winnym jest oczywiście tylko i wyłącznie prowadzący go bloger. Wyrzutów sumienia ów bloger jednak nie ma, bo blog istnieje już blisko rok, a to i tak, biorąc pod uwagę jego znikomą rację bytu, całkiem dużo. Przedwczesne zbudzenie z zimowego snu to zasługa jednego z komentatorów, którego niniejszym serdecznie pozdrawiam.

Głupio mi na tym zakończyć, więc może coś o olimpiadzie. Oglądałem kilka dni temu dość dziwaczną konkurencję - jazdę po muldach. Z górki zjeżdzały kobiety, żwawo i rytmicznie uginając kolana, tudzież dwukrotnie w trakcie jednego przejazdu wylatując powietrze. Patrzyło się to całkiem przyjemnie, choć poszczególne występy bywają do siebie bardzo podobne: na pierwszej hopce obrót o 360°, na drugiej salto do tyłu - tego schematu trzymają się niemal wszystkie zawodniczki.

I trudno im się dziwić. Gdy jednej, bodaj Amerykance, zachciało się obrócić w powietrzu dwa razy (720°), to wylądowała na pupie. Można by rzec - nic wielkiego, zdarza się, tyle tylko, że tutaj ryzyko... kompletnie się nie opłaca. Wcześniej startowała Kanadyjka Chloé Dufour-Lapointe, wzbudzając swoim występem podziw komentatora (i mój), oraz, oczywiście, entuzjazm na trybunach. Na pierwszym kickerze (czyli jednej z tych dwóch skoczni), zamiast banalnej 360-tki, którą przeciętny narciarz wykona po kilku dniach treningu, zaprezentowała efektownie wyglądającą śrubę, okręcając się kilka razy w powietrzu (wybaczcie, że nie podam fachowej nazwy). Drugi skok to już standardowe salto, lecz również perfekcyjnie wykonane. W oczach laika wrażenia artystyczne tych powietrznych akrobacji zdecydowanie najwyższe spośród całej stawki.

Na wysokie miejsce nijak się to jednak nie przełożyło - w każdym razie tak wysokie, na jakim chciałbym Chloé widzieć - bo sposób punktowania w tej dyscyplinie to istny kretynizm. Kanadyjka za wykonanie trudniejszego skoku niż cała reszta nie została przez sędziów odpowiednio wynagrodzona - ale powiedzmy, że to szczegół. Na zdrowy rozum, skoro już dodano te skoki, żeby dyscyplinę uatrakcyjnić, to oprócz nich powinien liczyć się czas przejazdu, w jakiejś sensownej proporcji. Tu jednak, oprócz czasu, który po przeliczeniu na punkty stanowi ok. 25% całościowej oceny, liczy się... technika pokonywania muld. I stanowi 50% oceny. Sensu w tym tyle, ile miałoby dawanie punktów za styl alpejczykom, albo baczniejsze przyglądanie się telemarkom skoczków, niż osiąganym przez nich odległościom (oczywiście i tutaj, analogicznie do skoków, za szybszy przejazd dostaje się zazwyczaj więcej punktów od sędziów).

Na tym jednak nie koniec. Jazdę punktuje pięciu sędziów i dwie skrajne noty odpadają, natomiast akrobacje ocenia... dwóch sędziów i z ich ocen wyciąga się średnią. Oczywiste, do jakich sytuacji może przez to dochodzić, niemniej szkoda, że rzeczywiście do nich dochodzi, i to na olimpiadzie - sędziowie zwyczajnie, po chamsku, faworyzują swoich. Jeden (jedna?) był z Japonii, drugi z Rosji, toteż różnica między ich ocenami, zazwyczaj żadna lub prawie żadna, dramatycznie rosła przy występach zawodniczek z tych krajów. Nie zdziwiłbym się, gdyby w takim razie zaniżono noty Kanadyjce, skoro walczyła o lokatę z Rosjanką i Japonką. Ostatecznie przedzieliła je, zajmując piąte miejsce, głównie temu, że kilka dziewczyn zaliczyło, jak to się mówi, glebę. Wyprzedziła ją Japonka, co wydaje się grubą niesprawiedliwością, ale niechby nawet założyć, że u Chloé dało się wychwycić jakieś poważniejsze niedociągnięcia techniczne, których moje dyletanckie oko (a również i komentatora) nie wypatrzyło. Tak czy owak, wstyd, że na olimpiadzie można robić tego rodzaju numery - wystarczyłoby przecież dać jednego sędziego więcej.

W ogóle mam wrażenie, że w sporcie jakby coraz mniej sportu. Od futbolu odrzucają kuriozalne pomyłki sędziowskie i piłkarze, którzy najwyraźniej minęli się z aktorskim powołaniem (czy to już czas, żeby przerzucić się na rugby?...). W boksie walki coraz częściej kończą się na punkty, więc wygrywa ten, którego promotor ma dłuższe łapska i więcej sprytu. W siatkówce, och jakże pięknym sporcie, wybraną drużynę pakuje się od razu do final four najważniejszych klubowych rozgrywek. Pływacy coraz więcej czasu spędzają w namiotach z tlenem albo na wybieraniu kostiumów, tak jakby nie mogli uszanować rekordzistów sprzed lat i ścigać się z nimi w samych slipkach. Technikalia w wielu sportach nabrały ogromnej wagi, a przecież to dopiero początek, tylko patrzeć, jak zacznie się genetyczna grzebanina, by podrasować możliwości przyszłych sportowców - już nie ma co stawiać pytania "czy", ale "jak szybko" i "kto pierwszy" (Chiny?). Do tego nowe dyscypliny olimpijskie, dobierane według bliżej niezidentyfikowanego klucza i obniżające nie tylko rangę krążków oraz klasyfikacji medalowych, ale i całej imprezy. Wydaje mi się, że na olimpiadzie nie powinno być miejsca nie tylko na dziwactwa w rodzaju pływania synchronicznego, softballu i skeletonu, ale i na wszelkie dyscypliny wywodzące się z szeroko pojmowanego freestyle'u - tego, co rozwija się gdzieś na uboczu głównego nurtu - bo tam powinno iść głównie o frajdę, a nie o medale i pieniądze. A więc żadnych BMX-ów na letnich igrzyskach, a na zimowych - skończmy z narciarstwem dowolnym (zwłaszcza tak nieudolnie puntkowanym), jakkolwiek atrakcyjne i efektowne by nie było. Sport to jednak powinna być przede wszystkim zdrowa rywalizacja przynosząca wymierne rezultaty - kto dalej, wyżej, szybciej, więcej, albo kto komu obije ryj - a nie wrażenia artystyczne. Tymi zajmuje się sztuka.

PS. Dołożyłem nową zakładkę. Wprawdzie więcej tam wrażeń artystycznych niż sportu, ale kto nie był, tego zachęcam: http://escefau.blox.pl/html :)

PPS. Tytuł wbrew pozorom całkiem skromny. Powiedzmy, że na cześć Emila Zegadłowicza,  któremu dorównać nawet nie próbuję, a który tak nazwał jedno swoje dziełko: U dnia, którego nie znam, stoję bram. Poema symfoniczne wysnute z misterii snów nadrannych, noc pierzchliwą doganiających, dzień zdmuchujący gwiazdy witających spod szczelin wpół przymkniętych powiek. Spisał srebrną dłonią księżniczki Astralu Inki Todwen Rald Moor na liściu klonu opadłego do jej stóp w alei parku strzeżonego przez Sfinx uskrzydloną.

czwartek, 14 stycznia 2010

Za nami jesień w polskiej pierwszej lidze, szyderczo zwanej "ekstraklasą". Runda została przez władze dobrodusznie wydłużona o dwie kolejki, by skarb naszego narodu, niezastąpieni skórokopi, nie musieli na wiosnę mordować się z piłką co 3 dni. Kilka typów na koniec sezonu: mistrzem będzie Wisła, o ile w zimie nie sprzeda Marcelo. Drugie miejsce zajmie Lech, a trzecie pewnie Legia, chociaż Ruch może jej zagrozić, jeśli uda mu się utrzymać obecny skład (w zasadzie przydałyby im się wzmocnienia, bo ławkę mają słabiutką). O tym kto spadnie trudno mówić przed zakmnięciem okna transferowego. Spore szanse daję Arce (przeprowadzka) i Zagłębiu (Bajor za Smudę), z kolei Odry nie ma co zawczasu skreślać.  Królem strzelców będzie Lewandowski, a najwięcej asyst zaliczy Małecki. No, to chyba tyle. Teraz jedenastka rundy (ustawienie 4-4-2):

Mucha - bezwzględnie najlepszy bramkarz ligi, uratował Legii sporo punktów. Oby jak najszybciej został wytransferowany.
Brzyski (1 gol, 4 asysty) - nieźle w obronie, bardzo dobre stałe fragmenty, walka na maxa przez 90 minut.
Marcelo (6 goli) - najlepszy gracz ligi (obok Muchy), wyrastający wysoko ponad jej poziom. Dla własnego dobra powinien uciekać jak najszybciej na zachód, ale jest szansa, że (oby!) nie stanie się to już w tym okienku.
Astiz (2 asysty) - filar najszczelniejszej obrony ligi. Świetny mecz z Wisłą.
Nykiel (2 asysty) - życiowa forma, gra ofensywna, jakiej mało kto się po nim spodziewał. Miejsce w jedenastce mimo wszystko przez słabość konkurencji.
Małecki (7 goli, 6 asyst) - z konieczności na lewej pomocy, bo nie było tam kogo wsadzić. Inteligencją nie grzeszy, jednak to on, często w pojedynkę, ciągnął do przodu grę Wisły.
Bażik (3 gole, 5 asyst) - mózg Polonii Bytom. Imponował spokojem, rozwagą i dokładnością.
Iwański (3 gole, 6 asyst) - runda dobra, ale tylko na tle kolegów z Legii i reszty środkowych pomocników ligi.
Peszko (6 goli, 7 asyst) - napędzał akcje Lecha z jeszcze większą werwą, niż Małecki Wisły. Razem z Lewandowskim robili całą grę ofensywną Kuchenek.
Niedzielan (7 goli, 1 asysta) - bez niego Ruch był bezradny, a na nieszczęście Niebieskich kilka razy zaniemógł.
Lewandowski (9 goli, 2 asysty) - grał dobrze, walczył, zastawiał się, dochodził do wielu sytuacji. Mimo że do siatki trafił 9 razy, był dość nieskuteczny. Z wyjazdem nie powinien się spieszyć, bo w dobrym klubie (np. Panathinaikosie) na razie sobie nie poradzi.

Rezerwowi:
Burić, Pi. Brożek, Sadlok, Wróbel, Grzyb, Mila, Frankowski

Trener:
Waldemar Fornalik

Jedenastka U-21 (prawdopodobnie jest to U-21, nie sprawdzałem wszystkich metryk):
Sandomierski
Kamiński - Sadlok - Glik - Socha
Wodecki - Klich - Cetnarski - Kiełb
Grosicki - Sobiech

Rezerwowi: Malarczyk, Siebert, Wilczek, Kal, Korzym

Odkrycie rundy: Artur Sobiech

Tagi: futbol
02:18, klopin , futbol
Link Komentarze (6) »
środa, 06 stycznia 2010

Wielu pomstowało na ramola z Holandii, gdy ten radził Polakom wyjść z drewnianych chatek. Mnie też bardziej wówczas zraził do swojej osoby niż przekonał, lecz oto dziś - doznałem olśnienia!*

Leo miał rację. Najwyższy czas, by Polacy wyszli ze swoich zapadłych chałup, bo są (wybaczcie uogólnienie) narodem sromotnych zakompleksieńców. Jarzmo domniemanego ciemnogrodu ciąży im gorzej niż kula u nogi, trzymając w czterech drewnianych ścianach. Wciąż czują się niedowartościowani - za mało otwarci, wyzwoleni, tolerancyjni, nowocześni, słowem: europejscy - by wyjść odetchnąć świeżym powietrzem. Szukają pomocy, a któż lepiej ich wesprze, jak człowiek z Zachodu - wzór zachowań, nauczyciel postępowych obyczajów, omalże przedstawiciel wyższego gatunku ludzkiego. Prawdziwy mentor, guru.

Kimś takim dla wielu musiał jawić się Leo Beenhakker (czyż z wyglądu nie przypomina trochę starożytnego mędrca?). Wydawałoby się, że przyjechał trenować naszą reprezentację, ale to tylko ułuda, on nas przyjechał oświecać. Od tego oświecenia niektórzy do dziś nie podźwignęli się z klęczek i wciąż układają na cześć swego guru hymny uwielbienia, o czym przekonuje list, jaki grupka osób wysmażyła do byłego selekcjonera.

Ów eksces, bo jak rzecz inaczej nazwać, to przede wszystkim doskonały przykład włazidupstwa, które przekracza wszelkie dopuszczalne normy (chyba nawet te europejskie). Ciężko patrzeć na to bez zażenowania, jeśli ktoś jeszcze nie nabawił się chorobliwych kompleksów, o co zresztą dziś nietrudno.

I na tym można by skończyć, gdyby problem dotyczył tylko garstki kibiców piłkarskich. Można by zamknąć sprawę mówiąc, że to ci, którym w życiu coś nie wyszło - chodzą ze wzrokiem wlepionym w podłoże i podnoszą go tylko, by slinić się na widok człowieka, który ma więcej bezczelności i przekonania o własnej wartości od nich. Chciałoby się na tym skończyć, ale przecież esencją takiej postawy (klęcząco-uwielbiającej) są nasi dziennikarze. I to nie tylko ci piłkarscy, z nabożnością spijający słowa z ust Beenhakkera i rozkoszujący się każdym co bardziej ekstrawaganckim zdaniem i łaskawym spojrzeniem, jakimi zaszczycał ich holenderski tetryk. Prawdę mówiąc stanowią oni tylko czubek góry lodowej.

Postawa medialnych "elit" (cudzysłów wielki jak ich uwielbienie dla Leo) w oczywisty sposób emanuje na społeczeństwo (swoją drogą, siła tego oddziaływania dawno przekroczyła już zdroworozsądkowe granice; nieraz odnoszę wrażenie, że z wolna przenosimy się w jakiś chory świat, gdzie medialne symulakrum jest naszą prawdziwą rzeczywistością). Dziennikarscy zakompleksieńcy przenoszą więc swoje osobowościowe problemy na zwykłych, zdrowych dotychczas ludzi. Ich sposób myślenia dobrze widać na przykładzie skradzionej tablicy z Oświęcimia. Tak naprawdę mało istotne było, że ją skradziono - ważne, co sobie o nas pomyśli świat!  A cóż niby ten świat miałby sobie pomyśleć? W domyśle coś złego, ja zaś sądzę, że zgoła nic. Bo czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zacznie inaczej postrzegać Amerykanów, jeśli Statui Wolności ktoś wyłupi oczy albo zabierze pochodnię?

Obsesja dobrego wizerunku kraju za granicą wyżera rozum dziennikarzom i, niestety, również politykom (vide doktryna Bartoszewskiego: "sympatycznej panny młodej bez posagu"). Ciągle  słyszymy więc apele, by nie walczyć o swoje interesy (tu zwrot-wytrych: "hamulcowy Europy"), lecz podażać za owczym pędem, bo w przeciwnym razie narazimy na szwank nasz wizerunek. Moim zdaniem takie właśnie myślenie sprawia, że ciągle zaledwie aspirujemy do wejścia na europejskie salony; czekamy w przedsionku z przestraszoną miną, bo ktoś może na nas krzywo popatrzeć. Poza tym, że mało to pragmatyczne, dodatkowo naraża nas na śmieszność, a więc - wstyd i wizerunkową porażkę. Przypomina mi się pewna koleżanka, też pełna jak najlepszych chęci "wizerunkowych", która w czasie wyjazdu do Niemiec ochoczo zawiązywała rozmowy na temat wojny, w tym m.in. Oświęcimia. W tonie niemal przepraszającym wyznawała gospodarzom, że... nie chowa do nich żadnej urazy. Trudno się dziwić, że odpowiadali minami zdziwionymi i nieco zdegustowanymi.

Ale czego wymagać od zwykłego człowieka. Wielu z trudem przychodzi omijanie wszelkich bezrefleksyjnie zawodzących chórów, a przy takim przykładzie, jaki idzie z góry, aż trudno się powtrzymać, by wraz z tłumem nie zawyć żałośnie ku jego bożyszczu (co też niniejszym czynię): LEEEEOOOOOOO, LEEEEEOOOOOO.....!

 

*To było już trochę temu, ale dopiero teraz mogłem dopisać rzecz do końca.

piątek, 25 grudnia 2009

Byłem niedawno na dyskusji w pewnym miejscowym lokalu. Nie udało mi się przybyć na wyznaczoną godzinę, więc trochę się spóźniłem. Nie będzie dalekie od prawdy, jeśli powiem, że w stopniu nie mniejszym niż ciekawość dyskusji, do przybycia skłoniła mnie obecność na niej osobnika płci odmiennej. Tak więc spóźniłem się, spostrzegłem owego osobnika i usiadłem koło niego, wcześniej za sześć złotych kupując piwo. Miejsca mieliśmy wygodne (kanapa) i dobrze usytuowane (na samym tyle). Popatrzyłem do przodu - pośrodku siedział stary, bardzo mądrze wyglądający profesor, jak się po chwili dowiedziałem, ateista, autorytet i moderator dyskusji, więc rzeczywiście musiał być niegłupi. Po jego lewej ręce, czyli z mojej perspektywy po prawej stronie, spoczywała pani profesor (ateistka), wyglądająca nie aż tak mądrze i w istocie niedorównująca profesorowi uczonością. Po prawej ręce profesora, czyli dla mnie z lewej strony, siedział ksiądz. Dość mądry - znał sporo trudnych słów (choć na pewno nie tyle, co profesor), np. takich, jak desygnat; jednak gdy mówił o desygnatach, profesor musiał go poprawić. Okazało się, że coś o czym mówił ksiądz nie było desygnatem Boga, ale że Bóg był desygnatem owego czegoś. Albo na odwrót. Zapomniałem wspomnieć, że tematem spotkania był właśnie Bóg. Dokładniej temat dyskusji brzmiał: Bóg a zło. Jak już mówiłem, spóźniłem się na dyskusję, więc ominął mnie początek. Dowiedziałem się jednak od  siedzącego obok mnie osobnika, iż straciłem niewiele. Co dokładnie, ów osobnik nie umiał powiedzieć - być może nie potrafi streszczać. Niemniej, odtąd starałem się uważnie śledzić dyskusję. Wypowiadał się ksiądz, a potem głos oddano publiczności. Publiczność miała zadawać pytania, ale nie każdemu to wychodziło. Jeden pan, w podeszłym wieku, mówił bardzo długo i powoli, i nie zadał ani jednego pytania. Inny pan, siedzący po lewej stronie (patrząc ode mnie), niewiele młodszy, mówił bardzo mądrze, na przykład często używał słowa "teodycea", a jego główna teza była taka, że jak dotąd dyskusję prowadzono nie na temat. Ale to już było pod koniec spotkania, czy, mówiąc ściślej, pod koniec mojej obecności na spotkaniu. Wcześniej dyskutowano między innymi o holocauście. Zaczęło się od jednego pana, który siedział na wprost mnie i profesora, będąc jakby punktem linii łączącej mnie z profesorem. Ten pan, w średnim wieku, twierdził, że cierpienie w katolicyzmie jest bardzo ważne. Powiedział to trochę innymi słowami, ale niestety nie umiem ich powtórzyć. Na to profesor, który zawsze, gdy ten pan będący punktem się wypowiadał, zaciskał wargi i patrzył na niego spode łba, powiedział, że gdy ktoś mówi o cierpieniu, to jemu przypomina się holocaust i SS-mani znęcający się nad obozowiczami (oczywiście on również użył bardziej wyszukanego słownictwa). W ten sposób rozmowa, w której brały udział kolejne osoby, zeszła na kwestię zagłady żydowskiej. Podsumował ją profesor, twierdząc, że było w historii było wiele różnych masakr i nie należy przesadnie podkreślać cierpienia żydowskiego, choć było ono szokiem dla świata. Właściwie nie ma, powiada, powodu, dla którego równie ważne nie byłoby cierpienie pojedynczego człowieka. Na tym temat holocaustu został zakończony, nie licząc poźniejszego epizodu, gdy do głosu znów został dopuszczony ów pan w średnim wieku będący punktem linii. Uznał on analogię profesora, przyrównującą jego pogląd, wedle którego cierpienie ma sens, zwłaszcza w chrześcijaństwie, do zapatrywań i działań hitlerowców, za żenującą. Wywołało to głośną i niesympatyczną reakcję licznych na sali zwolenników profesora oraz moją milczącą aprobatę. Panu w średnim wieku udało się przebić przez ich, chroniące godności profesora, głosy, jednak wkrótce poległ pod lawiną śmiechu z tych samych ust, gdy uznał zmartwychwstanie Chrystusa za fakt historyczny. W swojej cichości nie przyznałem mu racji, ale też, co zrozumiałe, nie dołączyłem do chóru prześmiewców. U osobnika siedzącego obok mnie dostrzegłem natomiast (lub doszłyszałem) coś jakby prychnięcie. Dyskusja toczyła się dalej. W jej trakcie zauważyłem ciekawą rzecz, mianowicie pani profesor, za każdym razem, gdy miała okazję się wypowiedzieć, niezależnie od pytania jakie jej zadawano, nawiązywała do filozofii Dalekiego Wschodu. Pomyślałem, że musi to być naprawdę jej wielka pasja. Z kolei ksiądz, co zaciekawiło mnie nie mniej, utrzymywał, że nie jest darwinistą, uznaje się bowiem za ewolucjonistę. Jakaś osoba z publiczności zapytała go nawet o tę kwestię, prosząc o wyjaśnienia. Ksiądz wybrnął doskonale - odpowiedział kilkoma zdaniami, na koniec wyrażając nadzieję, że jest to zrozumiałe. Osoba zadająca pytanie najwyraźniej pojęła rzecz doskonale, gdyż już się nie odezwała, ja natomiast nie śmiałem odbierać duchownemu tego, co dla niego tak ważne, obok wiary i miłości. W ogóle, muszę się do tego przyznać, nie zabrałem głosu ani raz. Czuję się poniekąd rozgrzeszony, gdyż znalazłem na tę okazję sporo wytłumaczeń: po pierwsze, spóźniłem się i zachodziła obawa, że zadam pytanie, na które odpowiedź padła w toku dyskusji, gdy mnie jeszcze nie była na miejscu (w tę właśnie pułapkę wpadł pan w średnim wieku zadając swoje pierwsze pytanie, on bowiem również się spóźnił). Po drugie, siedziałem bardzo daleko z tyłu. Po trzecie, osobnik spoczywający obok mnie również nie zabierał głosu. Po czwarte, już wchodząc na dyskusję miałem na rzecz wyrobiony poniekąd pogląd. Wygłaszając go zapewne zepsułbym zabawę i mądremu panu profesorowi, i trochę mniej mądrej pani profesor i księdzu, który co prawda nie był profesorem, ale we wszystkim, prócz poglądu na istnienie Boga, zgadzał się z obojgiem ateistów. Podczas gdy oni miło sobie gaworzyli, powtarzając, że tak naprawdę nie wiadomo skąd to zło na świecie, jeśli Bóg jest dobry, zapewne nie wzbudziłbym ich uznania mówiąc, że być może chodzi o wolną wolę człowieka. Ksiądz zbiłby mnie z pantałyku kilkunastoma mętnymi zdaniami, profesor popatrzyłby spode łba i zrugał, a pani profesor powtórzyłaby swoją mantrę o Indiach. Lepiej się było nie odzywać.
 
1 , 2 , 3 , 4
Web Counters