Wielu pomstowało na ramola z Holandii, gdy ten radził Polakom wyjść z drewnianych chatek. Mnie też bardziej wówczas zraził do swojej osoby niż przekonał, lecz oto dziś - doznałem olśnienia!*
Leo miał rację. Najwyższy czas, by Polacy wyszli ze swoich zapadłych chałup, bo są (wybaczcie uogólnienie) narodem sromotnych zakompleksieńców. Jarzmo domniemanego ciemnogrodu ciąży im gorzej niż kula u nogi, trzymając w czterech drewnianych ścianach. Wciąż czują się niedowartościowani - za mało otwarci, wyzwoleni, tolerancyjni, nowocześni, słowem: europejscy - by wyjść odetchnąć świeżym powietrzem. Szukają pomocy, a któż lepiej ich wesprze, jak człowiek z Zachodu - wzór zachowań, nauczyciel postępowych obyczajów, omalże przedstawiciel wyższego gatunku ludzkiego. Prawdziwy mentor, guru.
Kimś takim dla wielu musiał jawić się Leo Beenhakker (czyż z wyglądu nie przypomina trochę starożytnego mędrca?). Wydawałoby się, że przyjechał trenować naszą reprezentację, ale to tylko ułuda, on nas przyjechał oświecać. Od tego oświecenia niektórzy do dziś nie podźwignęli się z klęczek i wciąż układają na cześć swego guru hymny uwielbienia, o czym przekonuje list, jaki grupka osób wysmażyła do byłego selekcjonera.
Ów eksces, bo jak rzecz inaczej nazwać, to przede wszystkim doskonały przykład włazidupstwa, które przekracza wszelkie dopuszczalne normy (chyba nawet te europejskie). Ciężko patrzeć na to bez zażenowania, jeśli ktoś jeszcze nie nabawił się chorobliwych kompleksów, o co zresztą dziś nietrudno.
I na tym można by skończyć, gdyby problem dotyczył tylko garstki kibiców piłkarskich. Można by zamknąć sprawę mówiąc, że to ci, którym w życiu coś nie wyszło - chodzą ze wzrokiem wlepionym w podłoże i podnoszą go tylko, by slinić się na widok człowieka, który ma więcej bezczelności i przekonania o własnej wartości od nich. Chciałoby się na tym skończyć, ale przecież esencją takiej postawy (klęcząco-uwielbiającej) są nasi dziennikarze. I to nie tylko ci piłkarscy, z nabożnością spijający słowa z ust Beenhakkera i rozkoszujący się każdym co bardziej ekstrawaganckim zdaniem i łaskawym spojrzeniem, jakimi zaszczycał ich holenderski tetryk. Prawdę mówiąc stanowią oni tylko czubek góry lodowej.
Postawa medialnych "elit" (cudzysłów wielki jak ich uwielbienie dla Leo) w oczywisty sposób emanuje na społeczeństwo (swoją drogą, siła tego oddziaływania dawno przekroczyła już zdroworozsądkowe granice; nieraz odnoszę wrażenie, że z wolna przenosimy się w jakiś chory świat, gdzie medialne symulakrum jest naszą prawdziwą rzeczywistością). Dziennikarscy zakompleksieńcy przenoszą więc swoje osobowościowe problemy na zwykłych, zdrowych dotychczas ludzi. Ich sposób myślenia dobrze widać na przykładzie skradzionej tablicy z Oświęcimia. Tak naprawdę mało istotne było, że ją skradziono - ważne, co sobie o nas pomyśli świat! A cóż niby ten świat miałby sobie pomyśleć? W domyśle coś złego, ja zaś sądzę, że zgoła nic. Bo czy ktokolwiek o zdrowych zmysłach zacznie inaczej postrzegać Amerykanów, jeśli Statui Wolności ktoś wyłupi oczy albo zabierze pochodnię?
Obsesja dobrego wizerunku kraju za granicą wyżera rozum dziennikarzom i, niestety, również politykom (vide doktryna Bartoszewskiego: "sympatycznej panny młodej bez posagu"). Ciągle słyszymy więc apele, by nie walczyć o swoje interesy (tu zwrot-wytrych: "hamulcowy Europy"), lecz podażać za owczym pędem, bo w przeciwnym razie narazimy na szwank nasz wizerunek. Moim zdaniem takie właśnie myślenie sprawia, że ciągle zaledwie aspirujemy do wejścia na europejskie salony; czekamy w przedsionku z przestraszoną miną, bo ktoś może na nas krzywo popatrzeć. Poza tym, że mało to pragmatyczne, dodatkowo naraża nas na śmieszność, a więc - wstyd i wizerunkową porażkę. Przypomina mi się pewna koleżanka, też pełna jak najlepszych chęci "wizerunkowych", która w czasie wyjazdu do Niemiec ochoczo zawiązywała rozmowy na temat wojny, w tym m.in. Oświęcimia. W tonie niemal przepraszającym wyznawała gospodarzom, że... nie chowa do nich żadnej urazy. Trudno się dziwić, że odpowiadali minami zdziwionymi i nieco zdegustowanymi.
Ale czego wymagać od zwykłego człowieka. Wielu z trudem przychodzi omijanie wszelkich bezrefleksyjnie zawodzących chórów, a przy takim przykładzie, jaki idzie z góry, aż trudno się powtrzymać, by wraz z tłumem nie zawyć żałośnie ku jego bożyszczu (co też niniejszym czynię): LEEEEOOOOOOO, LEEEEEOOOOOO.....!
*To było już trochę temu, ale dopiero teraz mogłem dopisać rzecz do końca.