Wpisy z tagiem: zegadłowicz

sobota, 20 lutego 2010

Blog na jakiś czas zaniemógł, czego winnym jest oczywiście tylko i wyłącznie prowadzący go bloger. Wyrzutów sumienia ów bloger jednak nie ma, bo blog istnieje już blisko rok, a to i tak, biorąc pod uwagę jego znikomą rację bytu, całkiem dużo. Przedwczesne zbudzenie z zimowego snu to zasługa jednego z komentatorów, którego niniejszym serdecznie pozdrawiam.

Głupio mi na tym zakończyć, więc może coś o olimpiadzie. Oglądałem kilka dni temu dość dziwaczną konkurencję - jazdę po muldach. Z górki zjeżdzały kobiety, żwawo i rytmicznie uginając kolana, tudzież dwukrotnie w trakcie jednego przejazdu wylatując powietrze. Patrzyło się to całkiem przyjemnie, choć poszczególne występy bywają do siebie bardzo podobne: na pierwszej hopce obrót o 360°, na drugiej salto do tyłu - tego schematu trzymają się niemal wszystkie zawodniczki.

I trudno im się dziwić. Gdy jednej, bodaj Amerykance, zachciało się obrócić w powietrzu dwa razy (720°), to wylądowała na pupie. Można by rzec - nic wielkiego, zdarza się, tyle tylko, że tutaj ryzyko... kompletnie się nie opłaca. Wcześniej startowała Kanadyjka Chloé Dufour-Lapointe, wzbudzając swoim występem podziw komentatora (i mój), oraz, oczywiście, entuzjazm na trybunach. Na pierwszym kickerze (czyli jednej z tych dwóch skoczni), zamiast banalnej 360-tki, którą przeciętny narciarz wykona po kilku dniach treningu, zaprezentowała efektownie wyglądającą śrubę, okręcając się kilka razy w powietrzu (wybaczcie, że nie podam fachowej nazwy). Drugi skok to już standardowe salto, lecz również perfekcyjnie wykonane. W oczach laika wrażenia artystyczne tych powietrznych akrobacji zdecydowanie najwyższe spośród całej stawki.

Na wysokie miejsce nijak się to jednak nie przełożyło - w każdym razie tak wysokie, na jakim chciałbym Chloé widzieć - bo sposób punktowania w tej dyscyplinie to istny kretynizm. Kanadyjka za wykonanie trudniejszego skoku niż cała reszta nie została przez sędziów odpowiednio wynagrodzona - ale powiedzmy, że to szczegół. Na zdrowy rozum, skoro już dodano te skoki, żeby dyscyplinę uatrakcyjnić, to oprócz nich powinien liczyć się czas przejazdu, w jakiejś sensownej proporcji. Tu jednak, oprócz czasu, który po przeliczeniu na punkty stanowi ok. 25% całościowej oceny, liczy się... technika pokonywania muld. I stanowi 50% oceny. Sensu w tym tyle, ile miałoby dawanie punktów za styl alpejczykom, albo baczniejsze przyglądanie się telemarkom skoczków, niż osiąganym przez nich odległościom (oczywiście i tutaj, analogicznie do skoków, za szybszy przejazd dostaje się zazwyczaj więcej punktów od sędziów).

Na tym jednak nie koniec. Jazdę punktuje pięciu sędziów i dwie skrajne noty odpadają, natomiast akrobacje ocenia... dwóch sędziów i z ich ocen wyciąga się średnią. Oczywiste, do jakich sytuacji może przez to dochodzić, niemniej szkoda, że rzeczywiście do nich dochodzi, i to na olimpiadzie - sędziowie zwyczajnie, po chamsku, faworyzują swoich. Jeden (jedna?) był z Japonii, drugi z Rosji, toteż różnica między ich ocenami, zazwyczaj żadna lub prawie żadna, dramatycznie rosła przy występach zawodniczek z tych krajów. Nie zdziwiłbym się, gdyby w takim razie zaniżono noty Kanadyjce, skoro walczyła o lokatę z Rosjanką i Japonką. Ostatecznie przedzieliła je, zajmując piąte miejsce, głównie temu, że kilka dziewczyn zaliczyło, jak to się mówi, glebę. Wyprzedziła ją Japonka, co wydaje się grubą niesprawiedliwością, ale niechby nawet założyć, że u Chloé dało się wychwycić jakieś poważniejsze niedociągnięcia techniczne, których moje dyletanckie oko (a również i komentatora) nie wypatrzyło. Tak czy owak, wstyd, że na olimpiadzie można robić tego rodzaju numery - wystarczyłoby przecież dać jednego sędziego więcej.

W ogóle mam wrażenie, że w sporcie jakby coraz mniej sportu. Od futbolu odrzucają kuriozalne pomyłki sędziowskie i piłkarze, którzy najwyraźniej minęli się z aktorskim powołaniem (czy to już czas, żeby przerzucić się na rugby?...). W boksie walki coraz częściej kończą się na punkty, więc wygrywa ten, którego promotor ma dłuższe łapska i więcej sprytu. W siatkówce, och jakże pięknym sporcie, wybraną drużynę pakuje się od razu do final four najważniejszych klubowych rozgrywek. Pływacy coraz więcej czasu spędzają w namiotach z tlenem albo na wybieraniu kostiumów, tak jakby nie mogli uszanować rekordzistów sprzed lat i ścigać się z nimi w samych slipkach. Technikalia w wielu sportach nabrały ogromnej wagi, a przecież to dopiero początek, tylko patrzeć, jak zacznie się genetyczna grzebanina, by podrasować możliwości przyszłych sportowców - już nie ma co stawiać pytania "czy", ale "jak szybko" i "kto pierwszy" (Chiny?). Do tego nowe dyscypliny olimpijskie, dobierane według bliżej niezidentyfikowanego klucza i obniżające nie tylko rangę krążków oraz klasyfikacji medalowych, ale i całej imprezy. Wydaje mi się, że na olimpiadzie nie powinno być miejsca nie tylko na dziwactwa w rodzaju pływania synchronicznego, softballu i skeletonu, ale i na wszelkie dyscypliny wywodzące się z szeroko pojmowanego freestyle'u - tego, co rozwija się gdzieś na uboczu głównego nurtu - bo tam powinno iść głównie o frajdę, a nie o medale i pieniądze. A więc żadnych BMX-ów na letnich igrzyskach, a na zimowych - skończmy z narciarstwem dowolnym (zwłaszcza tak nieudolnie puntkowanym), jakkolwiek atrakcyjne i efektowne by nie było. Sport to jednak powinna być przede wszystkim zdrowa rywalizacja przynosząca wymierne rezultaty - kto dalej, wyżej, szybciej, więcej, albo kto komu obije ryj - a nie wrażenia artystyczne. Tymi zajmuje się sztuka.

PS. Dołożyłem nową zakładkę. Wprawdzie więcej tam wrażeń artystycznych niż sportu, ale kto nie był, tego zachęcam: http://escefau.blox.pl/html :)

PPS. Tytuł wbrew pozorom całkiem skromny. Powiedzmy, że na cześć Emila Zegadłowicza,  któremu dorównać nawet nie próbuję, a który tak nazwał jedno swoje dziełko: U dnia, którego nie znam, stoję bram. Poema symfoniczne wysnute z misterii snów nadrannych, noc pierzchliwą doganiających, dzień zdmuchujący gwiazdy witających spod szczelin wpół przymkniętych powiek. Spisał srebrną dłonią księżniczki Astralu Inki Todwen Rald Moor na liściu klonu opadłego do jej stóp w alei parku strzeżonego przez Sfinx uskrzydloną.

Web Counters