Wpisy z tagiem: Wisła
wtorek, 15 lutego 2011
We Wrzeszczu, dzielnicy Gdańska, kibice namalowali par lat temu takiego grafa: Boimy się tego, czego nie znamy - normalka. Albo boimy się, nie lubimy, tego, co już znamy, i mamy dobry powód, żeby nie lubić. Polaka, który zna historię swojego kraju i jest germanofobem, nie można o ksenofobię oskarżać. Można powiedzieć: jest ksenofobem, kocha swój kraj, nie lubi Niemców - i trudno mu się dziwić. Zresztą w ogóle robienie zarzutu z tego, że ktoś kogoś nie lubi (jak to było w punkcie wyjścia z owym graffiti), to jest strzał w płot i jakaś forma, bo ja wiem, faszyzmu czy czegoś takiego. Według mnie powinno być tak, że każdy nie lubi tego, kogo chce. Ludzie nie lubią Cristiano Ronaldo i Jarosława Kaczyńskiego, ale nikt nie zabrania im bazgrać po murze: "nie lubię Cristiano Ronaldo" albo "nie lubię Jarosława Kaczyńskiego". Ja np. nie lubię Magdaleny Środy, Tomasza Lisa i Wojciecha Jaruzelskiego, i nie chciałbym, żeby ktoś mi tego zabraniał - już i tak, jako ksenofob, czuję się wykluczany. Sprawa ksenofobii nie jest tak prosta, jak się to "stowarzyszeniom do walki z nią" wydaje. Ksenofobia jest pewnym uczuciem, pewnym sposobem odczuwania. Otóż sposób ten jest psychologicznie, socjologicznie, a być może nawet biologicznie sprzężony z uczuciem innym, które pozwoliliśmy sobie kiedyś określić mianem ojkofilii, definiując ją jako przywiązanie do domu rodzinnego i ziemi ojczystej: "do własnego duchowego dziedzictwa, do swej szerszej ojczyzny, połączone z uzasadnionym poczuciem jej wyjątkowej wartości". Ksenofobia i ojkofilia sa jak dwa połączone naczynia: nie można zmienić poziomu w jednym, nie zmieniając go automatycznie w drugim. Walczący z ksenofobią i etnocentryzmem, czy też z "etnicznym rozumieniem narodu", zapatrzeni są w jedno z tych naczyń, nie dbając, a może nawet nie myśląc o tym, co się dzieje wtedy jednocześnie w drugim. Walka z ksenofobią zmierza - świadomie lub nie, w to tutaj nie wchodzimy - do amputowania człowiekowi jego duszy historycznej. Tak np. u Polaka dusza ta to pamięć o tysiącletniej walce jego narodu z obcymi dla zachowania swego domu i chronionych przez ten dom wartości. Utopia powszechnego braterstwa chce stwarzać człowieka odciętego od historycznych korzeni, które jawią się jej jedynie jako źródło "etnicznych przesądów" i agresji. Ksenofobia ma różne stopnie, jak ciecz w naczyniach połączonych - różne poziomy. Można ich wyróżnić co najmniej cztery. Pierwszym jest ostrożność wobec obcych ("obcy, więc może niebezpieczny"); drugim jest niechęć wobec nich jako naruszających nasz obyczaj i nasze kanony moralne lub estetyczne; trzecim jest wrogość, a czwartym - nienawiść. Zauważmy, że wszystkie one mogą mieć dwojakie źródła, wzajem zresztą się nie wykluczające: może to być bądź strach przed obcym i jego nieznanymi nam zamiarami; bądź odraza do jego sposobu życia, nazbyt od naszego odbiegającego. Ci, co tak bezpośrednio i bezceremonialnie próbują obniżać poziom ksenofobii - a tym samym zawsze także ojkofilii - nie biorą też pod uwagę (przyjmując, iż działają w dobrej wierze), że ich działanie jest może nawet z ich własnego punktu widzenia przeciwcelowe: że może wzbudzać reakcję obronną tych, na których się takiej amputacji dokonuje. Chcieliby zdusić ksenofobię do zera, niejako profilaktycznie: żeby wyeliminować międzygrupową nienawiść i wrogość, chcą wykorzenić także, często jak najbardziej zrozumiałą i uzasadnioną, niechęć lub po prostu ostrożność. Wchodzą tym samym w kolizję z grupowym instynktem samozachowawczym. To, że ksenofobia - podobnie jak wiele innych cech ludzkich - staje się w swych wyższych stopniach cechą groźną, nie oznacza, że w stopniach niższych nie jest może cechą dla życia wręcz nieodzowną. Cech tego rodzaju jest wiele; najoczywistszą jest troska o samego siebie, która na wyższych stopniach przybiera postać nie liczącego się z niczym egocentryzmu i egoizmu. Niedorzecznością przecież byłoby walczyc z egoizmem przez eliminowanie wszelkiej troski o siebie w ogóle. A stowarzyszenia antyksenofobicznie właśnie wprost do czegoś takiego zmierzają.
wtorek, 23 marca 2010
Dziennikarze już zdążyli obwieścić powrót wielkiej Wisły, którą magicznym dotknięciem na nowo sprawił trener Kasperczak. Czy po uszy zanurzeni w medialnym symulakrum stracili już jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, czy po prostu rżną głupa, byle tylko dać chwytliwy tytuł - nie będę się nad tym rozwodził, bo nabijać się z dziennikarzy to dziś ani wielka sztuka, ani frajda. Fakt faktem, że poza dziennikarskim światkiem i kompletnymi laikami poprawy gry Wisły nie odnotowano. Tyle zauważyć dało się nawet z trybun stadionu na Suchych Stawach, skąd zresztą, po prawdzie, widać niewiele. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|