Wpisy z tagiem: Wisła

wtorek, 15 lutego 2011

We Wrzeszczu, dzielnicy Gdańska, kibice namalowali par lat temu takiego grafa:

Graf sobie był i miał się dobrze, aż do niedawna, gdy któryś postępowiec niebacznie zaszedł w okolice stadionu Lechii, zachłysnął się z oburzenia i zrobił donosik. Sprawa nabrała rozgłosu, interweniował prezydent miasta. Miasto zamalowało napis "nie lubimy tu obcych", kibice odmalowali. I tak, chyba nawet Bóg nie raczy wiedzieć w jakim celu, zabawa może się jeszcze kręcić przez czas jakiś.

Bo napis jest - owszem - jak najbardziej ksenofobiczny. Tylko co w tym złego?

Ksenofobia to słowo z greckiego, trudne i dla wielu mało zrozumiałe, ale chętnie używane. Zwykle bezrefleksyjnie, jako kij na człowieka o nieodpowiednich poglądach, bywa, że jako obelga. Dokładnie tak samo, jak używa się wielu innych pojęciowych pałek, które nie mają nazywać i tłumaczyć, ale ostemplować i pognębić: że ktoś jest homofob, antysemita, faszysta itd. Na przykład antysemitami nazywa się kibiców Wisły, którzy na kibiców Cracovii wołają "żydy". Oczywiście kibice Wisły jako grupa antysemitami nie są, i bez szemrania przyjęli niedawną wiadomość, że piłkarzem klubu został Żyd (prawdziwy, z Izraela i wielkiej litery). Jednak mimo, że kibice Wisły jako grupa antysemitami nie są, znajdują się wśród nich elementy antysemickie. I to jest zjawisko dosyć ciekawe, bo u tych zwyczajnych (przeważnie) głupków,  wykształcił się antysemityzm "wtórny", właściwie zupełnie patologiczny. Przed wojną, kiedy w Polsce istniał problem żydowski i antysemityzm był zjawiskiem niemarginalnym, krakus niechętny Żydom w naturalnym odruchu wybierał kibicowanie Wiśle. Dziś jest odwrotnie - utożsamiający się z Wisłą matołek, ze swej nienawiści do Cracovii może się nabawić autentycznego antysemityzmu, jeśli tylko dysponuje odpowiednimi pokładami głupoty.

Ale wróćmy do ksenofobii. Ksenofob to, jak się przyjęło, człowiek zły, nadający się w sumie chyba tylko do resocjalizacji, pożądnego prania mózgu. Dokładnie tak samo, jak człowiek nietolerancyjny - dla takich tolerancji być nie może, trzeba ich zwalczać, rugować i ciągać po sądach. Różnica polega tylko na tym, że lewacka obsesja "tolerancji" coraz powszechniej przez zwykłych ludzi kwitowana jest śmiechem, zaś zarzut ksenofobii wciąż traktuje się poważnie. A że obawa przed obcymi, tak jak nietolerancja wobec niektórych zachowań, jest postawą jak najbardziej normalną i uzasadnioną, że dotyczy każdego z nas? Phi, kto by się tam przejmował jakąś ludzką naturą...

Ani nietolerancji, ani ksenofobii nie da się zapakować do wora i podpisać "dobre" albo "złe". Czym innym jest brak tolerancji wobec złodzieja wkradającego nam się w środku nocy do chałupy, a czym innym załadowanie do bagażnika i wywiezienie do lasu nietolerowanej przez nas teściowej; niby potworny banał, ale jakoś mimo to tolerancję wciąż się nam stręczy. Podobnie jest z ksenofobią - przede wszystkim jest ona stopniowalna: od niechęci do obcych i potrzeby chronienia swojego mienia, obyczajów, norm itp., po nienawiść i agresję. Na tym niższym poziomie ksenofobia jest najzupełniej naturalnym (i pożądanym!) odruchem człowieka, związanym z instynktem samozachowawczym, a więc czymś, czego całkowicie unicestwić się nie da. Próby są jednak podejmowane - przez różne NGO, UE, naszą RPO itp. - żeby ten instynkt osłabić. Nic dobrego, tym bardziej, że podejmowane są usilnie.

Boimy się tego, czego nie znamy - normalka. Albo boimy się, nie lubimy, tego, co już znamy, i mamy dobry powód, żeby nie lubić. Polaka, który zna historię swojego kraju i jest germanofobem, nie można o ksenofobię oskarżać. Można powiedzieć: jest ksenofobem, kocha swój kraj, nie lubi Niemców - i trudno mu się dziwić. Zresztą w ogóle robienie zarzutu z tego, że ktoś kogoś nie lubi (jak to było w punkcie wyjścia z owym graffiti), to jest strzał w płot i jakaś forma, bo ja wiem, faszyzmu czy czegoś takiego. Według mnie powinno być tak, że każdy nie lubi tego, kogo chce. Ludzie nie lubią Cristiano Ronaldo i Jarosława Kaczyńskiego, ale nikt nie zabrania im bazgrać po murze: "nie lubię Cristiano Ronaldo" albo "nie lubię Jarosława Kaczyńskiego". Ja np. nie lubię Magdaleny Środy, Tomasza Lisa i Wojciecha Jaruzelskiego, i nie chciałbym, żeby ktoś mi tego zabraniał - już i tak, jako ksenofob, czuję się wykluczany.

A tak w ogóle, to przeczytajcie sobie poniżej, co o ksenofobii piszą profesorowie Musiał i Wolniewicz. A najlepiej przeczytajcie sobie całą ich książkę pt. "Ksenofobia i wspólnota", której kawałek wrzuciłem, bo warto ją przeczytać! :)

Sprawa ksenofobii nie jest tak prosta, jak się to "stowarzyszeniom do walki z nią" wydaje. Ksenofobia jest pewnym uczuciem, pewnym sposobem odczuwania. Otóż sposób ten jest psychologicznie, socjologicznie, a być może nawet biologicznie sprzężony z uczuciem innym, które pozwoliliśmy sobie kiedyś określić mianem ojkofilii, definiując ją jako przywiązanie do domu rodzinnego i ziemi ojczystej: "do własnego duchowego dziedzictwa, do swej szerszej ojczyzny, połączone z uzasadnionym poczuciem jej wyjątkowej wartości". Ksenofobia i ojkofilia sa jak dwa połączone naczynia: nie można zmienić poziomu w jednym, nie zmieniając go automatycznie w drugim. Walczący z ksenofobią i etnocentryzmem, czy też z "etnicznym rozumieniem narodu", zapatrzeni są w jedno z tych naczyń, nie dbając, a może nawet nie myśląc o tym, co się dzieje wtedy jednocześnie w drugim.

Walka z ksenofobią zmierza - świadomie lub nie, w to tutaj nie wchodzimy - do amputowania człowiekowi jego duszy historycznej. Tak np. u Polaka dusza ta to pamięć o tysiącletniej walce jego narodu z obcymi dla zachowania swego domu i chronionych przez ten dom wartości. Utopia powszechnego braterstwa chce stwarzać człowieka odciętego od historycznych korzeni, które jawią się jej jedynie jako źródło "etnicznych przesądów" i agresji.

Ksenofobia ma różne stopnie, jak ciecz w naczyniach połączonych - różne poziomy. Można ich wyróżnić co najmniej cztery. Pierwszym jest ostrożność wobec obcych ("obcy, więc może niebezpieczny"); drugim jest niechęć wobec nich jako naruszających nasz obyczaj i nasze kanony moralne lub estetyczne; trzecim jest wrogość, a czwartym - nienawiść. Zauważmy, że wszystkie one mogą mieć dwojakie źródła, wzajem zresztą się nie wykluczające: może to być bądź strach przed obcym i jego nieznanymi nam zamiarami; bądź odraza do jego sposobu życia, nazbyt od naszego odbiegającego. Ci, co tak bezpośrednio i bezceremonialnie próbują obniżać poziom ksenofobii - a tym samym zawsze także ojkofilii - nie biorą też pod uwagę (przyjmując, iż działają w dobrej wierze), że ich działanie jest może nawet z ich własnego punktu widzenia przeciwcelowe: że może wzbudzać reakcję obronną tych, na których się takiej amputacji dokonuje. Chcieliby zdusić ksenofobię do zera, niejako profilaktycznie: żeby wyeliminować międzygrupową nienawiść i wrogość, chcą wykorzenić także, często jak najbardziej zrozumiałą i uzasadnioną, niechęć lub po prostu ostrożność. Wchodzą tym samym w kolizję z grupowym instynktem samozachowawczym. To, że ksenofobia - podobnie jak wiele innych cech ludzkich - staje się w swych wyższych stopniach cechą groźną, nie oznacza, że w stopniach niższych nie jest może cechą dla życia wręcz nieodzowną. Cech tego rodzaju jest wiele; najoczywistszą jest troska o samego siebie, która na wyższych stopniach przybiera postać nie liczącego się z niczym egocentryzmu i egoizmu. Niedorzecznością przecież byłoby walczyc z egoizmem przez eliminowanie wszelkiej troski o siebie w ogóle. A stowarzyszenia antyksenofobicznie właśnie wprost do czegoś takiego zmierzają.

 

wtorek, 23 marca 2010

Dziennikarze już zdążyli obwieścić powrót wielkiej Wisły, którą magicznym dotknięciem na nowo sprawił trener Kasperczak. Czy po uszy zanurzeni w medialnym symulakrum stracili już jakikolwiek  kontakt z rzeczywistością, czy po prostu rżną głupa, byle tylko dać chwytliwy tytuł - nie będę się nad tym rozwodził, bo nabijać się z dziennikarzy to dziś ani wielka sztuka, ani frajda. Fakt faktem, że poza dziennikarskim światkiem i kompletnymi laikami poprawy gry Wisły nie odnotowano. Tyle zauważyć dało się  nawet z trybun stadionu na Suchych Stawach, skąd zresztą, po prawdzie, widać niewiele.

Nie przesądzam, czy powrót Kasperczaka będzie totalnym niewypałem, ale, póki nie można jeszcze mówić o efektach jego pracy, wiele na to wskazuje. Po drugim, kompromitującym wyrzuceniu Wisły za burtę europejskich pucharów Kasperczak zdążył się skompromitować jeszcze trzykrotnie: nie potrafił honorowo podać się do dymisji (a wyrzucony ciągał Wisłę po sądach), zwiał z Pucharu Narodów Afryki, na którym trenował Senegal i spuścił z ekstraklasy jeden z bardziej majętnych klubów. W Górniku potwierdził też, że, mówiąc delikatnie, nosa do transferów to on nie ma. W Wiśle, która uczyć się na błędach wciąż nie zamierza, zrozumiano przynajmniej tyle, że za sprowadzanie piłkarzy Kasperczak odpowiadać nie może, bo taki menedżer to pełzająca katastrofa. I zapowiedziano, że transferami zajmie się ktoś inny. Jednak jak będzie w rzeczywistości, nie wiadomo, bo obecnie klub dyrektora sportowego nie zatrudnia.

Na niektóre wpadki można by ostatecznie przymknąć oko, gdyby nowy trener rokował nadzieje na przyszłość. Tymczasem Kasperczak nie wygląda na człowieka zorientowanego we współczesnym futbolu, takiego, który śledziłby nowinki taktyczne, stosował nowoczesne metody treningowe i dbał o każdy z tych coraz liczniejszych dziś szczególików, jakie uwzględnia się w działaniu profesjonalnych klubów, a których suma przekłada się na wyniki zespołu. To raczej człowiek bazujący na tym, czego nauczył się lata temu we Francji oraz na bogatym, lecz, powiedzmy szczerze, nieobfitującym w wielkie sukcesy doświadczeniu. Zatrudnienie dziś Kasperczaka w Wiśle to mniej więcej tak, jak zaproponowanie Beenhakkerowi pracy w liczącym się zachodnim klubie. Może i coś dobrego z tego wyjdzie, ale jeśli już, to raczej przez przypadek.  

Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki - mówił Heraklit i niewątpliwie miał rację. Toteż i Kasperczak nie może: dzisiaj ma mocniejszą obronę i słabszą ofensywę, jedynie bramkarza równie marnego, jak miał. Styl gry natomiast chciałby uskuteczniać taki jak dawniej. A że w kontrakcie ma ponoć wpisane, iż można go zwolnić za brak mistrzostwa albo awansu do LM, bardzo możliwe, że nowy-stary trener zdąży zamoczyć się w Wiśle ledwie do kolan, po czym właściciel kolejny raz go przepędzi. Oczywiście nie po to, by podjąć racjonalną decyzję - prędzej da drużynie kolejnego opiekuna, który nadmiernie nie nadweręży zasobności jego portfela. A potem, nawet jeśli szczęśliwym trafem wynajdzie trenerski talent (vide Petrescu) - następnego. Możliwe, że jeszcze kiedyś wróci Skorża; i tak w koło - nomen omen - Macieju. Albo Cupiał zmądrzeje.

Web Counters